Gliczarów Górny – z dala od zgiełku Zakopanego, z najlepszym widokiem na Tatry

0
79
widok na Tatry na pierwszym planie drzewo z żółtymi liśćmi
Widok na Tatry z końca Gliczarowa Górnego

Gliczarów Górny widnieje jako maleńka kropelka na mapie Polski. Gdyby jednak zredagować mapę z miejscami, z których roztacza się najpiękniejszy widok, Gliczarów Górny zostałby zaznaczony wielkim, czerwonym punktem. Z adnotacją – ” koniecznie do zobaczenia”!

widok na Tatry z Gliczarowa
Letni czas

Wspomnień czar

Nietypowy to artykuł na mojej stronie, bowiem stricte wspomnieniowy i rozłożony w czasie. W niewielu słowach przemyciłam lata moich pobytów w miejscu, które mnie zauroczyło…

A zauroczyło ponad trzydzieści lat temu…

Dzisiaj Gliczarów Górny, nie jest już taki spokojny, jak niegdyś. Ale nadal przez położoną na grani wieś prowadzi tylko jedna droga, a wieczorem zapada taka cisza, że masz wrażenie przebywania ponad światem.

Droga, o której wspomniałam nazywa się Skupniowa, bowiem Skupień to główne nazwisko mieszkańców, niemal symbol Gliczarowa Górnego. Wybierając się do gospodarzy o tym nazwisku, koniecznie trzeba posiadać “dokładniejsze dane”, bowiem łatwo trafić do innej “chałupy”.

Artykuł to moje wspomnienia, a jednocześnie zachęta, dla tych, którzy chcą odkryć Tatry z nieco innej perspektywy, a jednocześnie zatopić się w góralskich tradycjach, smacznym jedzeniu i odetchnąć świeżym, górskim powietrzem.

Z żadnego miejsca Tatry nie są tak piękne jak z Gliczarowa Górnego. Przekonaj się sama/sam! Nawet jeśli nie zamieszkasz u któregoś z gospodarzy, to podejdź/podjedź ( ponad 5 km) z Bukowiny Tatrzańskiej na sam koniec wioski, do miejsca gdzie już dalej nie ma przejazdu i zachwyć się takim widokiem…

zamglone nieco szczyty Tatr
Tatry prowadzą odwieczną walkę z mgłami

Ponad tysiąc metrów nad poziomem morza

Gliczarów Górny przycupnął na górce pomiędzy Poroninem, a Bukowiną Tatrzańską i pozwala cieszyć się widokiem na rozpościerające się przed nim Tatry.

Tatry w całej okazałości. Czasem zasnute mgłami, powleczone śnieżnymi poduchami, skąpane w słońcu lub smagane deszczem. Albo znikają zupełnie z widoku otulone chmurami – wtedy wiadomo, w Tatrach sypie lub leje i lada moment taka pogoda może dotrzeć i do Gliczarowa Górnego.

Gliczarów Górny jest drugą – po Zębie – najwyżej położoną wioską w Polsce -rozpościera się na wysokości pomiędzy 900, a 1006 m n.p.m.

domy na pagórku
Oto on – Gliczarów Górny w całej okazałości

Nostalgicznie i rodzinnie

Rzadko nawet dwa razy odwiedzam to samo miejsce, natomiast Gliczarów Górny zaczarował mnie do tego stopnia, że zaglądam tutaj od trzydziestu lat. I tak już zostanie.

Gliczarów Górny zmienił się przez te lata, podobnie jak wszystko wokół. Przybyło domów, turystów i pensjonatów. Jednak moi gospodarze, u których zawsze goszczę, pozostali tacy sami.

Może nieco starsi – podobnie jak i ja – ale nadal przyjaźni, rozpieszczający dobrym jedzeniem, wspólnym “kucharzeniem” i opowieściami przy porannej lub popołudniowej kawie. Przez te lata dzieci nam nie tylko dorosły, ale i same zostały rodzicami.

Odszedł Pan Bronek z czarem swoich opowieści i pogrywaniem na skrzypcach. I kuligami, podczas których nas wywoził do lasu i rozpalał ognisko, wykopując uprzednio kawałek miejsca w śniegu.

Mnóstwo wspomnień przelatuje przez moją głowę w trakcie pisania tego artykułu. Wszystkie ważne, bo moje – bliskie sercu.

Tutaj uczyłam się jeździć na nartach, lawirując pomiędzy kupkami zmrożonego obornika wywiezionego przez Jaśka na pole.To był mój sposób nauki – bałam się podpiąć do niemal wyrywającego ręce orczyka “U Stasela” – zjeżdżałam ( a raczej próbowałam) na dół łąki, po czym moja mamusia zjeżdżała na sankach. Na dole ładowałyśmy narty na sanki i w górę. Ot, prywatny orczyk!

A na górze pagórka mój syn Radek z synem gospodarzy – Józkiem budowali igloo i całymi dniami bawili się w ratowników górskich. Iluż oni turystów uratowali! 🙂

W przerwie akcji ratowniczych szaleli na nartach – wciągając się tym samym orczykiem, co do którego ja miałam wątpliwości.

kobieta na tle gór
Moja towarzyszka wypraw do Gliczarowa Górnego – mamusia

Na zawsze w Tatrach

Z ratownikami tatrzańskimi, tymi prawdziwymi z TOPR -u, niosącymi pomoc wędrującym po górach, skojarzyła mi się inna sytuacja.

Którejś z zim, gdy wypoczywałam W Gliczarowie na zimowych feriach, spotkałam się po kilku latach niewidzenia z Anią z Gdańska.

Ania powróciła w góry po kilkuletniej nieobecności spowodowanej straszną tragedią, która spotkała jej rodzinę, a której bezpośrednią przyczyną byłą  – niestety – miłość do gór.

Jej córka dziewiętnastoletnia Gosia Czubasiewicz  – podobnie jak moje dziecko, przywożona od małego dziecka w góry – zakochała się w górach miłością najprawdziwszą.

Taką naprawdę na odległość, bo na stałe mieszkała w Gdańsku. Jednak w każdy wolny czas przyjeżdżała w Tatry, nie omieszkując przy okazji odwiedzić naszych wspólnych gospodarzy. Oprócz zwykłego “wydeptywania szlaków”, Ania zasmakowała także w wspinaczce wysokogórskiej.

Na początku września 1992 roku, miała zaplanowane wejście na “Mięgusza”, żeby zaliczyć kolejne uprawnienia do samodzielnych wspinaczek. Jak zwykle, zatrzymała się u “naszych gazdów”.

Ale wyjątkowo nie miała ochoty na tę wyprawę. Siedząc z panią Janeczką w drewnianym domu w kuchni, mówiła, że tak jej się jakoś nie chce.

“To nie idź” pani Janka jej na to. “Ale muszę, bo góry mnie ciągną, piękna pogoda w dodatku, no i ten egzamin“.

I poszła. Aby już nigdy nie wrócić. Gdy Małgosia czwartego września wraz z dwoma kolegami i instruktorem zdobywali Mięguszowiecki Szczyt pogoda gwałtownie się załamała.

Temperatura spadła o ponad 20 stopni Celsjusza. Na górze rozpętało się prawdziwa nawałnica – wiatr, zawierucha śnieżna i mróz! Pogoda gwałtownie zmieniła się z letniej na totalne, zimowe piekło!

Szczegółów tragedii, która rozegrała się na ścianie, nigdy nie poznamy… Pozostają jedynie przypuszczenia.

Wiadomo jedynie, że dwójka Gosi kolegów wraz z trenerem, odpadli od ściany i na oczach przerażonej Gosi, która została sama na skalnej półce w szalejącej zamieci, zginęli roztrzaskując się na skałach.

Wieczorem, gdy nikt z wyprawy nie powrócił, ratownicy TOPR z Morskiego Oka wyruszyli na poszukiwania. Pogoda była przerażająco okropna – zima szalała i nie pozwalała ratownikom na dokładną penetrację gór. Na ile warunki pozwalały, ratownicy wyruszali na trasy przekopując się przez metrowe zwały śniegu.

Jeden z zespołów usłyszał słabe wołanie o pomoc…To była jeszcze żyjąca Gosia.

Warunki jednak były tak okropne, że wszystkie zespoły ratowników powróciły do bazy z brzemieniem ogromnej porażki.

Bo jak to? Oni którzy mają nieść pomoc, nie mogą jej udzielić dziewczynie, która czeka na nich ledwie żywa i przerażona do granic trudnych do wyobrażenia.

A tymczasem Ania, Gosi mama stała przed Morskim Okiem i wypatrywała punktu na skale, gdzie znajduje się jej córka.

Dopiero po kilku dniach, pomimo nadal koszmarnej pogody – schodzących lawin, szalejącego wiatru i śnieżnych zwałów osuwających się spod nóg – narażając własne życie ratownicy TOPR – u wspólnie ze Słowacką Służbą zdołali dotrzeć do zwłok Małgosi…

Dokładny opis tragedii, opatrzony wspomnieniami ratowników biorących udział w akcji, można przeczytać w książce Macieja Kuczyńskiego “Tatrzańskie dramaty”.

Odcięta od świata

Jednak nie tylko smutne wspomnienia nasuwają mi się w związku z ostrym atakiem zimy. Kilkanaście lat temu, wracając z zimowych wakacji na Słowacji, postanowiłam wpaść na kilka dni do Gliczarowa Górnego.

Pogoda była prawdziwie narciarska, stoki przysypane śniegiem, warunki narciarskie doskonałe. Dobry czas na kontynuację wypoczynku, bo jeszcze przed feriami, więc i narciarzy niewielu. Ba, nawet słońce świeciło i dodatkowo umilało czas.

Zapadła noc, a wraz z nią zaczął nasilać się wiatr. I sypać śnieg. Ranek okazał się takim zaskoczeniem, że aż trudno to sobie wyobrazić.

Dzisiaj, w dobie telefonów komórkowych, pewnie setki zdjęć poszłoby w świat. Wtedy nie zrobiłam nawet jednej fotki. A szkoda, bo takiej zimy nigdy później już nie widziałam.

Obrazy mam jedynie doskonale zapisane w pamięci. Kilkumetrowe zaspy, zasypany ponad dach samochód, a wokół tylko biel i wystające z niego piętra domów. Niemal las dachów.

I tak samochód pozostał, a ja w tunelu wykopanym na szerokość chudego człowieka i dotarłam do kościoła. A konkretnie na przystanek autobusowy w jego pobliżu. Do tego miejsca bowiem udało się od Bukowiny Tatrzańskiej dotrzeć ciężkim pługiem wirnikowym i jako tako odśnieżyć drogę.

“Jako tako” użyłam jak najbardziej celowo – odśnieżony środek drogi na szerokość autobusu i niebotyczne zaspy po bokach. Autobus nie jechał, ale raczej ślizgał się po drodze uwięziony, a jednocześnie chroniony przez zaspy. Droga nie do zapomnienia!

A to dopiero część z atrakcji dostarczonych tego dnia przez aurę. W Zakopanem wsiadłam do pociągu jadącego do Krakowa, który zakończył swoją trasę tuż przed Poroninem. Lokomotywa utkwiła w śniegu, co dla pasażerów oznaczało koniec jazdy!

Zawieziono nas busami do Zakopanego i tym razem wsiadłam do autobusu. I już bez przeszkód dotarłam do Krakowa. I co ciekawe – w okolicach Myślenic skończył się duży śnieg, w Krakowie, a tym bardziej w Katowicach nie było ani śladu białego puchu.

Ogólne niedowierzanie w mojej pracy, do której udało mi się dotrzeć po kilkanaście godzin trwającej podróży, wywołała moja zimowa opowieść. A za trzy dni… także Śląsk został  zasypany i sparaliżowany.

Ps. Auto “odzyskałam” po kilku dniach.

Góralskie smaki 

Wiele wspomnień powiązanych mam z jedzeniem. Bo jak można zapomnieć zupy, w których Zosia jest absolutną mistrzynią! A ciasta i wszelkiego rodzaju słodkie pyszności! Drożdżowe rogaliki z nadzieniem, kruche ciasteczka, ciasta przeróżne…

Ale jest coś co cenię ponad słodycze wszelkie – to pieczony “na blasze” ( mają węglowy piec!) chleb, który serwujemy sobie z czosnkiem i masłem.

I placki – moskole. Typowe dla Podhala, proste do zrobienia. Jak wszystkie tego typu dania, niegdyś były “ratunkiem” na przednówku, gdy z obfitością jedzenia bywało gorzej, dzisiaj są smakołykiem podawanym w regionalnych restauracjach.

 Moskole  nauczyłam się piec także w domu. Nie mam takiego cudownego pieca z duszą, który stoi w “Zosinej kuchni“, ale wykorzystuję w tym celu patelnię grillową. Traktując takiego moskola masłem czosnkowym, zyskujemy danie, któremu nie sposób się oprzeć.

placki pieczone na blasze pieca
Moskole pieczone na blasze

Najwyżej położony kościół w Polsce

W Gliczarowie Górnym jest najwyżej położony kościół, z którego schodów przed wejściem – zanim został otoczony przez strzeliste świerki – roztaczał się cudny widok na Tatry i Gorce. Turyście uczestniczący w mszy chętnie zostawali na schodach czerpiąc jednocześnie piękno z natury i duchowość z wnętrza kościoła.

A kościół to niezwykły, bo przez 25 lat “zarządzany” był przez nieżyjącego już księdza Szczepana Gacek, który jednocześnie był ratownikiem GOPR-u i przewodnikiem górskim. Sytuacje, gdy ksiądz po skończonej mszy wsiadał do czekającego na niego helikoptera, nikogo z miejscowych nie dziwiły. Ale jaką były atrakcją dla turystów! Takie to klimaty!

Drewniane wnętrze kościoła ołtarz i elementy wyposażenia wykonali miejscowi cieśle. W takim wnętrzu uczestnictwo w nabożeństwie, kiedy mocne głosy śpiewających góralek i górali, odbijają się od drewnianych  ścian i wibrują w powietrzu, nikogo nie pozostawia obojętnym.

kościół w góralskiej wiosce
Najwyżej położony kościół w Polsce
w góralskim kościele
Uroczystość Chrztu Świętego małego Jasia

Poezja z gór

Gliczarów Górny ma także swojego poetę. Andrzej Skupień Florek urodził się na początku XX wieku w Gliczarowie Górnym, w przysiółku Stołowe, w chacie ( tuż obok domu “moich” gospodarzy ), która dzisiaj jest Izbą jego pamięci. Właściwie był samoukiem, bo skończył tylko trzy klasy podstawówki, co jednak ie przeszkodziło mu pisać wierszy opiewających kulturę góralską, Podhale i wiarę.

Zmartwychwstanies w niebo pódzies, z Bogym bedzies w chwale, to se spiywoj po góralsku i miyłuj Podhole.

drewniany góralski dom
Dom, w którym mieszkał poeta

tablica ku pamięci poety na drewnianym domu

Rowerzysta leci na plecy

Gliczarów Górny nie tylko widokami, ale i rowerami słynie! A konkretnie krótki odcinek drogi pomiędzy Gliczarowem Dolnym, a Gliczarowem Górnym, zwany “Ściana Bukowina”.

Na tej drodze od paru lat odbywa się odcinek Tour de Pologne, dzięki czemu sława Gliczarowa poszła w świat, jeśli już nie cały, to kolarski na pewno!

Nachylenie na 100-u metrowym odcinku przekraczające 23 procent powoduje, że mniej sprawni kolarze niemal przewracają się na plecy! Zdarza się, że przed podjazdem mniej doświadczeni kolarze schodzą z roweru lub są wspomagani przez kibiców.

Miejsce zostało wyróżnione pomnikiem roweru, a jakże!

pomnik rowerzysty
Ścianka Bukowina – wyzwanie dla każdego rowerzysty

Zresztą i tak nie sposób go przeoczyć. Piechotą, samochodem czy – dla odważnych na rowerze – nachylenie na każdym robi wrażenie.

Droga łącząca Górny Gliczarów z Dolnym jest “od zawsze”, ale stosunkowo niedawno została wyasfaltowana i stała się ogólnie przejezdna. Kiedyś była to zwykła polna droga, czasem uczęszczana przez miejscowych do przejścia lub dojechania furmanką do pól.

Nie mogłam odmówić sobie przejazdu tą trasą. Wybrałyśmy się z koleżanką Jolą jej autem z napędem na cztery. Emocje były, nie powiem!

W dodatku jadący przed nami samochód, został pokonany przez podjazd i musiał zsunąć się do Gliczarowa Dolnego. A że droga wąska i nie ma za bardzo możliwości manewru, to cierpliwie czekałyśmy na wolny przejazd.

Powiem tak. Podeszłam także pod górkę – pokonanie piechotą sprawia kłopot, nie jestem w w stanie wyobrazić sobie podjazdu rowerem.

Krótki filmik obrazuje znakomicie stopień trudności trasy!

Góralskie radio

Przebywając w Gliczarowie Górnym słucham regionalnego w Zakopanem radia – Radio Alex. Polecam – to też wprowadza w specyficzny klimat. Tylko z niego dowiesz się komu skradziono konia, gdzie odnalazły się zagubione na wypasach owce… Posłuchasz regionalnych wiadomości i jeszcze dłużej pozostaniesz w kontakcie z góralką gwarą.

Przeczytaj koniecznie...

...książkę Macieja Kuczyńskiego “Tatrzańskie tragedie”, która powinna być obowiązkową lekturą, dla wyruszających na tatrzańskie szlaki. I to nie tylko tzw. “niedzielnych” turystów.

W książce opisane są historie – zarówno tragiczne, jak i zakończone happy end-em. Wczytując się w opowieści, nabieramy respektu do gór. Bowiem, poza zwykłą, ludzką głupotą i niefrasobliwością, przyczyną wypadków bywa chwilka nieuwagi.
Oprócz wypadku Małgosi, o którym wspomniałam w artykule, najbardziej zapadł mi w pamięć wypadek turysty na Kościelcu, który odruchowo wychylił się z półki skalnej, na której siedział, chcąc złapać postawiony zbyt blisko krawędzi termos. Zginął!

 Respekt do gór

Niezależnie od pogody, trasy, kondycji – respekt do gór musi być najważniejszym hasłem zapisanym w głowie. Tylko wtedy bowiem będziemy mogli czerpać całymi garściami z piękna oferowanego nam przez Tatry, gdy będziemy bezpiecznie wędrować.

Znajdź Gliczarów Górny na mapie Polski

Jeśli masz ochotę zamieszkać w Gliczarowie Górnym, zapraszam do “mojej” agroturystyki.

⇒ Gliczarów Górny – agroturystyka z najpiękniejszym widokiem na Tatry



Booking.com

Podobał Ci się ten artykuł?

Zapisz się na listę i nie przegap nowych ciekawostek, porad i konkursów!